I nie opuszczę cię aż do śmierci


W tym wyjątkowym dniu chcemy wyglądać jak milion dolarów. I wydajemy tysiące na miliony drobiazgów, które mają zagwarantować, że ten dzień będzie jedyny w swoim rodzaju. Suknia z najlepszego materiału, idealny makijaż, złote kolczyki, buty sprowadzane z Włoch… W końcu jest tylko taki jeden w życiu. Ale czy aby na pewno?

Choć panna młoda wygląda w dniu ślubu jak beza z kremem, małżeństwo to nie słodka bajka Disney’a. Różnice między nią a nim, które do tej pory dodawały związkowi pikanterii i wydawały się pociągające szybko zaczynają irytować, a z czasem stają się przysłowiowym gwoździem do trumny. Innymi słowy – śmierci małżeństwa.

Cóż, taka natura rzeczy. Wszystko w przyrodzie ma swój początek i koniec. Jedne rzeczy kończą się szybciej – tak jak, np. słoik Nutelli albo żywot motyla. A inne nieco dłużej – tak jak spłacanie kredytu za mieszkanie. W każdym bądź razie jedno jest pewne. Wszystko się kończy. I małżeństwo nie jest tu żadnym wyjątkiem. A co z sakramentalną przysięgą? – “I nie opuszczę cię aż do śmierci”. Cóż, sformułowana została bardzo, bardzo dawno temu. Któż może wiedzieć, co jej autor miał na myśli. Pewnie chodziło o naturalną “śmierć małżeństwa”, która dotyka co 3 małżeństwo w Polsce. Przynajmniej takie są statystyki rozwodowe…

Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło! Przecież koniec jednego małżeństwa to szansa na kolejne. Nowe! A więc i zupełnie nową suknię ślubną! Nowe buty! Kolczyki! Ba, nawet i nowego męża. Ale czy… lepszego?

A co jeśli i ta nowa miłość umrze szybciej, niż my zdążymy się ze sobą zmarszczyć i zestarzeć? Kolejne wesele? Jeszcze jedno?! Przecież nie starczy pieniędzy na te kolejne wesela. I życia!

Eh, ta przysięga jest nie do przejścia… Nie pozostaje nic innego jak. Zabić męża?!

Albo… wziąć ją na poważnie!

Być może w czasach, w których co sezon zaopatruje się nowe buty, zmienia się płaszcz, kupuje nowy telewizor itp. zapomnieliśmy o tym, że zanim, coś wyrzuci się na złomowisko, do kosza lub na strych, można to jeszcze naprawić. Ba, w ogóle zapomnieliśmy, że coś może przetrwać dłużej, niż jeden sezon! Chyba, że jest to sezon “Mody na sukces”, w którym hołduje się ciągłym zmianom. Bo inaczej nie byłoby oglądalności.

Może gdyby większość z nas rzeczywiście brała ową starą przysięgę na serio nie byłoby tylu rozwodów. I nieudanych małżeństw. Bo w ogóle nie byłyby zawierane – w końcu wobec takiej przysięgi, zanim wylądowałoby się na ołtarzu – trzeba by się było porządnie zastanowić czy jestem w stanie stanąć w obliczu takiego wyzwania.

Być może dziś stanowczo zbyt wielu z nas widzi małżeństwo jako zabawę, układ, przygodę, niezłą imprezę z wielkim tortem, ucieczkę przed samotnością, wypełnienie woli rodziców, ale nie jako zadanie na całe życie. Powtórzymy to jeszcze raz – na całe życie!

Brzmi poważnie. Trochę strasznie. I nudno. Do czasu, gdy zmienimy jedno słowo. I to nie już w samej przysiędze. Ale myśleniu o niej. Być może tak wielkie deklaracje i samo małżeństwo to zadanie. Ale to także dar.

Być może to ostatnia rzecz, która w zmieniającym się ciągle świecie jest jedna jedyna na stałe. Być może autor przysięgi nie do końca chciał nas uciemiężyć, ale właśnie zapewnić coś niezwykłego! W końcu wszystko się psuje, kończy, znika, umiera. I oto w końcu jest coś, co dzięki człowiekowi może trwać nienaruszone do końca życia!

No, być może nie do końca takie nienaruszone. Bo nawet ci, którzy wierzą w małżeństwo od przysięgi aż po grób, kłócą się. Rzucają pilotami od telewizora. Obrzucają mięsem. Gryzą. Ale wiedzą jedno – i tak będą musieli się w końcu pogodzić. Bo żadna inna droga nie istnieje, skoro przysięgali “I nie opuszczę cię aż do śmierci”.